USA okiem programisty – sprawdź, co zobaczyć na zachodzie USA!

USA okiem programisty – sprawdź, co zobaczyć na zachodzie USA!

autor: Radek Benkel

 

Lata dziecięce i młodzieńcze kojarzą mi się m.in ze Słonecznym Patrolem, Żarem Tropików, Drużyną A, Airwolfem, MacGyver'em, Pełną Chatą, Gromem w Raju czy też magnus opus wszystkich seriali, czyli F.R.I.E.N.D.S.

 

Poniedziałkowe wieczory spędzaliśmy na oglądaniu filmów VHS z niedalekiej wypożyczalni (które to następnego dnia przed oddaniem zdążyłem obejrzeć jeszcze przynajmniej raz), a domowy magnetowid przekręcił tysiące kilometrów magnetycznej taśmy z kopiami Gwiezdnych Wojen, Indiany Jonesa, Powrotu do przyszłości czy też Top Guna.

 

Do korzyści ww. spędzania wolnego czasu mógłbym zaliczyć fakt, że posiadłem podstawową znajomość angielskiego w dość młodym wieku (m.in yippee ki yay...), a jednym ze skutków ubocznych tamtego okresu jest fascynacja amerykańską kulturą.

 

Od kilkunastu lat chciałem odwiedzić Stany Zjednoczone, co w roku obecnym – dzięki sporej liczbie nagromadzonych dni urlopu i sporej wyrwie w oszędnościach – udało się osiągnąć.

 

Zapraszam na podsumowanie naszej 3-osobowej i równocześnie 3-tygodniowej wycieczki po zachodzie Stanów Zjednoczonych!

Będąc w US:

Biegałem po plaży w Santa Monica, gdzie Mitch i reszta ekipy uratowali setki ludzi. Było molo, a na nim diabelski młyn. Były budki ratowników. Była kąpiel w oceanie. Był bieg w slow-motion w czerwonych spodenkach przy dźwiękach „I'm always here" (video tylko dla zaufanych ;).

 

 

 

Piłem Buda w typowym amerykańskim barze na Route 66. W tle country na żywo w ramach cotygodniowej inicjatywy open-mike. W TV grupy wielkich facetów ganiają się po boisku udając, że zależy im na złapaniu piłki (która tak naprawdę nie ma kształtu normalnej piłki), a w rzeczywistości zastanawiaja się jak solidnie wyrżnąć komuś kto ma koszulkę w innym kolorze – czytaj rozgrywki NFL.

 

W tej atmosferze prowadziliśmy dyskusję z barmanem odnośnie dozwolonego poziomu promili alkoholu we krwi, który nie dowierzał, kiedy podzieliliśmy się faktem, że w Polsce limitem jest 0.2 promila. Jego wielkie zaskoczenie idealnie współgrało z zadanym przez niego pytaniem: „No jak 0.2?! I jak człowiek ma na kilka piw pojechać?!".

 

 

 

Jadłem w większości amerykańskich sieciówek. Denny's, Wendy's, In-N-Out Burger, Popeyes, White Castle, Taco Bell, no i oczywiście McDonald. Najgorsze sieciówkowe (!) burgery dają... w McDonaldzie, a najlepsze w In-Out-Burger. W ogóle, w In-N-Out burger menu składa się z kilku pozycji:

 

– podwójny cheeseburger,

– cheeseburger,

– hamburger,

– frytki,

– napoje gazowane,

– kawa,

– shake'i (najlepszy shake jakiego w życiu piłem!),

– koniec.

 

Potwierdził się natomiast fakt, że fast-foody są w Ameryce najtańszym jedzeniem. Dla porównania – kilogram jabłek w Wallmarcie kosztował 3$ za funta, co daje ok 6,5$ za kilogram. Pompowany chleb (z dodatkiem cukru, bo znalezienie chleba bez cukru to niezłe osiągnięcie) od 2.5 do 5$.

 

Dla porównania: W Wendy's w ramach promocji 4 for $4 za 4$ dostaje się: średniej wielkości cheeseburgera, mała porcję frytek, 4 nugetsy i napój.

 

  • Średni zestaw w Popeye. W kartonie na górze są same frytki!
    Średni zestaw w Popeye. W kartonie na górze są same frytki!

 

 

W żadnym miejscu nie spałem dłużej niż 3 noce. Pierwszego dnia w celu oszczędności zainwestowaliśmy w namiot, 3 śpiwory i 3 karimaty. Spaliśmy na kempingach pierwszej klasy (sieć Koa). Spaliśmy na kamieniach pod odkrytym niebem w Dolinie Śmierci, gdzie w nocy słychać było jakieś dziwne dźwięki wokół namiotu i na pewno nie byli to ludzie. Spaliśmy w 4-gwiazdkowym hotelu w Las Vegas. Spaliśmy w podrzędnej dzielnicy San Francisco za pieniądze, które starczyłyby na naprawdę świetne SPA. Spaliśmy w typowych amerykańskich motelach. Spaliśmy w drewnianym domku z ogrzewaniem farelkowym i kuchnią na świeżym powietrzu – tzn. ławką wystawioną obok miejsca parkingowego. Raz spaliśmy w czymś, co miało w nazwie „Lodge", gdzie warunki higienicznie jednoznacznie sugerowały użycie własnego śpiwora. Nie wiadomo było, kto wcześniej spał w tej pościeli, ale wystrój pomieszczenia sugerował, że mógł to być niedźwiedź albo inny łoś.

 

 

 

Skręciłem niezliczoną ilość razy w prawo na czerwonym świetle bez zielonej strzałki. I nie złamałem przy tym żadnego przepisu. W ramach zasady turn-on-red w Stanach na każdym skrzyżowaniu można skręcić w prawo na czerwonym świetle na zasadach podobnych jak nasza warunkowa strzałka. Z tym, że w Polsce, aby takowy skręt był możliwy, sygnalizator musi posiadać zapaloną zieloną strzałkę. W Stanach, żeby taki manewr był niemożliwy, należy postawić odpowiedni znak. ​

 

 

 

Przekonałem się, że Wielki Kanion jest naprawdę WIELKI. Tego się nie da opisać słowami, żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tego co się czuje stojąc na skarpie obserwując rzękę Kolorado kilkaset metrów niżej. I tego, jak zmieniają się kolory podczas zachodu słońca.

 

 

 

Byłem świadkiem sytuacji, gdzie przyczepa ciągnęła samochód, a nie odwrotnie. No dobra, camper. Ale camper to taka przyczepa na kółkach. A campery w USA są wszędzie. I przyczepy w rozmiarze autobusu. Z rozsuwanymi ścianami. I jak taki Amerykanin jedzie sobie takim camperem to wszędzie tym autobusem nie wjedzie. To dlatego ciągnie za sobą jeepa na sztywnym holu.

 

 

 

Poznałem najbardziej zadowolonego ze swojej pracy kierowcę autobusu. Po Wielkim Kanione jeżdzą darmowe autobusy. Stacje mają swoje nazwy, a jedna z nich – początkowa – nazywa się Village. Tak więc ww. kierowca, podczas jazdy w kierunku ww. przystanku witał wszystkich tekstem: C'mon, get in, we're Village People!. I opowiadal dowcipy w stylu:

 

Why kids like trains but do not like teachers?

Because teacher says: "spit out that gum", and train says: "chu chu".

 

 

 

Jechałem najpiękniejszą drogą w USA, czyli Pacific Coast Road. A po drodze: wylegujace się lwy morskie, mnóstwo plaż, jachty w Monterey, zupa z małży, i najlepsze burrito w życiu w Las Palmas Taco Bar Santa Cruz.

 

 

 

Ograłem kasyno w Las Vegas. Na 6.50$. W black-jacka. Elektronicznego. Wiem, wymiatam ;).

 

 

 

 

Przepuszczałem łosia na pasach. Przeżyłem bliskie spotkanie 1. stopnia (daleko był) z niedźwiedziem – nie w zoo. Wiewiórka chciała pogryźć mój plecak, wyciągając z niego opakowanie po batoniku. Nie dał się. Tzn. plecak.

 

 

 

 

Przejechałem przez Golden Gate. I tamę Hoovera. I przez leżące drzewo. Bo wiecie – w Parku Sekwoji jest dużo drzew. Dużych drzew. Co oznacza, że jeśli jakieś leży to można przez nie przejechać w poprzek. Jak przez krótki tunel.

 

 

 

Jadłem indiański smażony chleb. Wyobraźcie sobie połączenie gofra i pączka. Z cukrem pudrem smakuje wybornie.

 

 

 

Jadłem lunch w Grand Parku w San Francisco. Kupiony w pobliskim markecie na wagę, bo to San Francisco i dużą cześć pieniędzy przeznaczonych na San Francisco wydałem dzień wcześniej na krewetki w okolicach Pier 39. I na kawę w Starbucksie bez cukru, która i tak była słodka - nie wiem jak oni to robią.

 

 

 

Chodziłem po pokładzie USS Midway. Jest kilka rzeczy, które mogą podjarać małego chłopca żyjącego w każdym mężczyźnie. W moim przypadku było to prawidziwe F14. Niestety nie miałem ze sobą lotniczej kurtki (bo takowej nie posiadam...). I wcale nie śpiewałem pod nosem Highway to the danger zone!. No dobra... tylko trochę. I po cichu.

 

 

 

Byłem na Marsie. Tzn. w Dolinie Śmierci na środku niczego. Miałem też okazję popływać w jeziorze na Marsie. Kolory na zdjęciu poniżej jako dowód, bez edycji.

 

 

 

 

Zrobiłem zakupy w Dollar Tree. Wyobraźcie sobie sklep wielkości dużego LIDLa. A w nim towary różnej maści w cenie 1$ lub mniej. Słuchawki do telefonu za 1$? Proszę bardzo – 6 kolorów do wyboru. Co prawda nie wiadomo czy grają, ale „Panie, za dolara!".

 

 

 

 

Wchodziłem na Moro Rock. Tzn. skałę zrobioną z galaretki. Skoro podczas wchodzenia na taką skałę trzesą Ci się kolana, to znaczy że musi być zrobiona z galaretki, a nie, że masz lęk wysokości. W życiu! Ale widok zacny! A jak wirowało ;).

 

 

 

 

W sklepach widziałem rzeczy, których bym w życiu nie wymyślił. Białka jajek w kartoniku. Herbatę z dopiskiem Decaffeinated (tak, herbata ma kofeinę). Ugotowane i obrane jajka na twardo. Półkilogramowego Snickersa etc.

 

 

 

Siedziałem na najważniejszej kanapie. I w ogóle  – „how you doin'!" ;)

 

Programistą, który wrócił z wycieczki po Zachodzie USA jest
Radek z HolidayCheck

Polecane hotele

Powrót

Przeczytaj również

Wakacje pod żaglami

Hurghada w Egipcie – jak tam jest?

Dubaj – 7 atrakcji, które nie nadwyrężą Twojego portfela